Najlepsze historie o coachingu opowiadają zwykle ludzie, którzy w niego nie wierzyli. Anita do swojej pierwszej szkoły coachingowej poszła po to, żeby udowodnić ówczesnemu chłopakowi, że to bzdura i sztaplerka. Skończyła jako coach - i to z tej samej szkoły. Dlatego, jak mówi, jest najlepszą osobą do dyskusji o tym, że „coaching się do niczego nie nadaje".
Ten odcinek był o zmianie. Ale żeby w ogóle o niej rozmawiać, najpierw trzeba odczarować słowo, które obrosło buddyjskimi pierdami i kursami „mądrego pana z Ameryki".
Coaching to po prostu przewóz z punktu A do punktu B
Najciekawsze jest źródło. Słowa „coaching" używano już w XIX wieku na określenie relacji profesor–student albo trener–sportowiec. A jeszcze wcześniej „coach" oznaczał… powóz, czterokołową bryczkę (słowo wywodzi się od węgierskiego miasta). Czyli dosłownie: usługa przewiezienia kogoś z punktu A do punktu B.
I to jest cała definicja, której Anita się trzyma: coaching to pomaganie ludziom w przejściu z punktu A do punktu B - tak, jak oni sami te punkty definiują. Współczesny coaching wyrósł zresztą ze sportu (jednym z ojców był John Whitmore, ścigający się w Formule 1; drugim Timothy Gallwey, który w latach 70. zauważył, że wizualizacja gry realnie wpływa na jej skuteczność - dziś każdy sportowiec ma trenera mentalnego).
Problem w tym, że zawód nie jest ustawowo zdefiniowany - coachem może zostać każdy. Stąd hochsztaplka. Dlatego przy wyborze Anita radzi sprawdzać trzy rzeczy: gdzie ta osoba się uczyła, jakie ma realne doświadczenie i - co najważniejsze - kto wystawia jej rekomendacje (bo wpis na własnej stronie napisze sobie każdy). I jeszcze jedno, jej zdaniem kluczowe: czy ten człowiek sam przechodził własną pracę wewnętrzną. Im więcej coach ma przepracowane, tym mniej triggerują go historie klientów - i tym skuteczniejszy jest proces.
Najpierw odpowiedz sobie: czego ja właściwie chcę
Zanim przejdziemy do narzędzi, jedno rozróżnienie, które Anita ostatnio przemyślała: zmiana to nie to samo co transformacja. Zmiana to dla niej przejście ze ścieżki żużlowej na asfaltową - kierunek podobny, lekko inna trajektoria, ale wiesz, dokąd lecisz. Transformacja to wymiana samego środka transportu - z roweru na samolot. Zmiana jest mniejsza, transformacja większa (gąsienica → motyl). Ciekawe, że nie wszyscy tak to czują - i to jest właśnie pointa: liczy się, co każdy rozumie pod danym słowem. Stąd jej ulubione „zesłownikujmy się".
Ale fundament jest jeden: jeśli nie wiesz, czego chcesz, będziesz się kręcić w kółko. Przywołuje kota z Alicji w Krainie Czarów - „jeśli wszystko ci jedno, dokąd iść, to wszystko jedno, którą drogę wybierzesz". I dorzuca coś, o czym łatwo zapomnieć: myślenie z poziomu samego celu to za mało - trzeba myśleć celem i efektem. Pięć wystąpień na konferencji to cel. Ale po co? Po relacje? Po poczucie spełnienia? Po sprawdzenie kompetencji? Bez tego cel wisi w próżni. A zmiana to praca na decyzjach plus myślenie - sukces jest tylko tam, gdzie jest jedno i drugie. Samo myślenie bez działania (i odwrotnie) prowadzi donikąd.
„Dlaczego" kontra „po co" - i wyjście z pętli ofiary
Co zrobić, gdy decyzja okazała się zła i wraca jak natrętna mucha? Anita jest tu bezlitośnie praktyczna: rozpamiętywanie przeszłości to życie w utopii, bo tego już nie ma. Najprostszy trik to zmiana pytania. „Dlaczego mnie to spotkało" spycha w przeszłość i w pretensje. „Po co mi to było, czego mam się nauczyć" - otwiera ruch do przodu. Bo - jak cytuje za Junga - dopóki nieświadome nie stanie się świadome, będzie rządzić twoim życiem, a ty będziesz to nazywać przeznaczeniem.
Druga rzecz: szczera odpowiedź, czy ciągłe „dlaczego" w czymkolwiek pomaga. Często okazuje się, że tkwienie w żalu pozwala zostać w roli ofiary - a w roli ofiary nie trzeba brać odpowiedzialności (zawsze ktoś przyjdzie z „ojoja" i zrobi herbatkę). „Ojojanie" jest potrzebne, pyta tylko ile go na tydzień.
Do tego dochodzi banalnie brzmiąca, ale trudna we wdrożeniu zasada z podejścia skoncentrowanego na rozwiązaniach: co działa - rób więcej i nie psuj; co nie działa - przestań natychmiast; chcesz innego efektu - zrób coś inaczej.
Fakt czy interpretacja
To pytanie Anita zadaje najczęściej, bo rozbraja połowę problemów. „Piękna pogoda" to nie fakt - fakt to liczba stopni. Za każdym razem, gdy używamy epitetów (ładne, głupie, szybkie, wolne), mówimy o swoich przekonaniach, nie o rzeczywistości. Jej podchwytliwy przykład: 160 km/h na polskiej autostradzie to szybko czy wolno? (Najcelniejsza odpowiedź z rozmowy: „niezgodnie z prawem" - i nikt tego tak nie rozpatruje).
Dlaczego to ważne przy zmianie? Bo indywidualnie ulegamy własnym fantazjom, a w zespole masz te fantazje razy liczba ludzi - jedni już wdrażają, inni tkwią w stagnacji, jeszcze inni uważają, że „co oni znowu wymyślili". Jeśli nikt nie skonfrontuje wyobrażeń z faktami, decyzje zapadają na emocjach zamiast na danych. Anita nazywa to włączaniem trzeciej kamery - bo ta zawsze nagra coś, czego dwie pierwsze nie widzą. Z jedną kamerą jesteś jak koń na wybiegu: widzisz tylko to, co przed tobą.
Zmiana, której nie wybierałeś
A co ze zmianą narzuconą - przenoszą cię do innego zespołu, zmieniają przepisy, świat się przestawia bez pytania ciebie o zdanie? Tu pada zdanie, które łatwo przeoczyć: nawet jeśli zostajesz w niechcianej zmianie, bo musisz - to wciąż jest twoja decyzja. To, jak mówi Anita, kwestia postawy „obiektywnego dorosłego": zamiast „co oni znowu zrobili", zapytaj - jak długo jestem w stanie w tym być, czego potrzebuję, żeby się zabezpieczyć, i czego chcę w zamian. Bez tej „gwiazdy polarnej", punktu na mapie, do którego się człapie, nie ma zmiany - jest tylko narzekanie.
I jeszcze pocieszenie z jej własnego życia: nie dostała się na studia dzienne (dwa lata pod rząd, za każdym razem o kilka punktów), przeżywała to jak katastrofę - a dzięki temu zaczęła pracować wcześniej i w wieku 25 lat miała już pięć lat doświadczenia. Z perspektywy czasu to, co wydawało się porażką, okazało się jedną z lepszych rzeczy. To nie naiwny optymizm, tylko praktyka: szukanie wyjątków, które pokazują, że „złe" bywa później dobre.
Kiedy coaching nie ma sensu
Anita jest tu szczera: nie ma sensu, jeśli nie chcesz wykonać pracy. „Ilu coachów potrzeba, żeby zmienić żarówkę? Żadnego - to żarówka musi chcieć się zmienić." Druga pułapka: zmiana musi dotyczyć ciebie. Jeśli przychodzisz z „chcę, żeby mój mąż się zmienił" - to najwyżej zmienisz męża i okaże się, że masz takiego samego. Pracuje się na własnym, żywym materiale.
AI kontra człowiek
Pytanie nie do uniknięcia: skoro ludzie gadają o swoich sprawach z czatem, to po co coach? Anita traktuje AI jak odkurzacz - narzędzie. Świetne do odbijania myśli, sama z niego korzysta, a klientom proponuje asystenta załadowanego jej materiałami. Ale ostrzega: zwykły model, nienakarmiony odpowiednią wiedzą, grozi utknięciem we własnym algorytmie — bo rozmawiając z nim, karmisz go swoim własnym sposobem myślenia.
Jej mocniejszy argument jest cielesny: jesteśmy ludźmi przez to, że jesteśmy ludźmi. AI wyłapie niuanse słów, ale nie wyłapie tonu głosu ani tego, że komuś „brewka tykła". A zmiana, jak ją uczono, inaczej przebiega w kontakcie z drugim układem nerwowym, osadzonym w ciele. Do tego dochodzi epidemia samotności- sam fakt, że trafiają do niej osoby, które „gadały z czatem półtora roku, ale poczuły, że potrzebują człowieka".
Na koniec konkret do zabrania. Anita zbudowała model siedmiu poziomów (bezpieczeństwo, kreatywność, tożsamość, relacje, komunikacja, analiza, filozofia) - ułożonych jak drzewo, z bezpieczeństwem w korzeniach. Bezpłatny test, który pokazuje, który poziom domaga się uwagi, jest na jej stronie anitamichalska.pl.







